O świcie przyszli pod dom
Chcą wejść do środka, stukają
Matka zerwana ze snu
Na progu przed nimi staje
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
Jej syna nie ma tu dziś
Nie wierzcie, na pewno kłamie
Ja nie wiem, gdzie jest mój syn
Zbudzony krzykiem syn wstaje
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
W jej życiu jest tylko on
Nic nie wie o jego walce
Są sprawy, o których syn
Nie mówi nawet swej matce
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
Odzywał się coraz mniej
Wciąż budził się ze świtaniem
Drżał, gdy ktoś stukał do drzwi
Uciekał z domu nad ranem
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
Do okna podchodzi, jak cień
Zbudzony nagłym wołaniem
Po cichu wymyka się
I patrzy, czy biegną za nim
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
O świcie przyszli pod dom
W ten dzień od dawny czekany
Jej syna nie ma tu już
Zabili go do drzwi pukaniem
Czego chcą ludzie ci
Którzy przychodzą nad ranem
Spóźnili się na pociąg świata
odtąd czekają
jak z bicza trzasł przemknęły lata
czas w miejscu stanął
W gazetach krzyży rośnie rząd
nad kolegami
przed wojną to w szwach pękał dom
a teraz sami
Landrynek przechowują stos
w starym bufecie
opowiadają wszystkim wkrąg
o dobrych dzieciach
Tyle by mieli przecież im
do po milczenia
i w głowie nie postanie myśl
że czas to pieniądz
Daremnie wzrok wbijają w drzwi
tuląc w objęciach
tych, co znów nie zdążyli przyjść
wnuki na zdjęciach
Gdy wreszcie w pustych stanie drzwiach
zła Czarna Pani
to poczęstują, żaden strach
ja landrynkami
Wtedy zatrzyma was na chwilę
śmierć tych, co byli waszym życiem
czas chciał, wiec zostać muszą w tyle
odżałowani pracowicie
Potem wrócicie do swych zajęć
zajęci czasem, a czas wami
dopóty czas jest wasz, dopóki
nie zostaniemy wreszcie sami
Dopóty czas jest wasz, dopóki
nie zostaniemy wreszcie sami
smutno czekając na swe wnuki
wraz z niechcianymi landrynkami.