Zapisz swoję ulubione piosenki Edyty Gepperd

Imie/ksywa:*

Mail

Komatarz dla przyszłych pokoleń:




ŚWIADOMA swoich chwil ostatnich

Na tym przeklętym łez padole
Z myśli rozdartych i bezładnych
Sporządzam mą ostatnią wolę.

Ze świata, który tkwi w zamęcie
Brnąc ku światłości wiekuistej
Zostawiam dla was w testamencie
Zwięzłą receptę na truciznę:

Wrzućcie do kotła, jeśli wola,
Pogardę dla gorących w wierze
I kilka ździebeł rwanych z pola
Waszych codziennych sprzeniewierzeń.

Dodajcie wasze małe zbrodnie
Tak łatwe w tłumie do ukrycia
Które tłumaczyć chcecie zgodnie
twardymi regułami życia.

Dodajcie owej nienawiści,
Co choć jest tępą i bezkrwawą
Lecz żyje w każdej waszej myśli
I jest codzienną waszą strawą.

Dodajcie waszą zwykłą pychę
Sny o potędze, czcze złudzenia.
Protestów waszych szepty ciche
I wrzask chóralny przyzwolenia.

Minionej chwały zwiędłe kwiecie
I wciąż obecny smak przegranej
To czego widzieć już nie chcecie
I to co widzieć jest wam dane.

Strach co wam w gardłach tkwi jak kołek
Próżność, co nigdy w was nie słabła
Grosz odłożony dla anioła
Z żołdów płaconych wam przez diabła.

A gdy się już ten jad uwarzy
Niech każdy czerpie go w swą czaszę
Przejrzyjcie się w tej lepkiej mazi
A potem pijcie, bo to wasze.

Niech się mój jad rozlewa wokół
I niechaj jątrzy wam sumienie
I burzy wam wasz błogi spokój
Karmiony Niedopowiedzeniem

OTO wyznanie mojej wiary.
Jad co potęgę ma tak wielką.
Lukrezia B.- Księżna Ferrary
Nazwana przez was TRUCICIELKĄ





Raz filozof bardzo mądry łeb

Ze snu zbudził się nad wielką księgą
Po czym w chude piersi swe
Wziął powietrza tęgo
I wykrzyknął ile siły słowa te

Hej człowieku chodź
Zmienię cię na lepsze
Zadatków sporo w tobie tkwi
Chodź dopomogę ci
Mądrość moja cię
W dziele tym podeprze
Na lepsze cię odmienię raz dwa trzy

Filozofa tego kumpel zaś
Równie elokwentny i niemłody
Łypnął znad uczonych ksiąg
Targnął rudą brodę
I riposta taka się rozległa w krąg

Hej człowieku chodź
Zmienię cię na gorsze
Zadatków sporo w tobie tkwi
Chodź dopomogę ci
Spore wady twe
Będą jeszcze sporsze
Na gorsze cię odmienię raz dwa trzy

A na koniec w ten uczony spór
Szare zwykłe życie się wtrąciło
I ofertą krótką swą
Wszystko pogodziło
Dla porządku zacytować warto ją

Hej człowieku chodź
Zmienię cię na drobne
Zadatków sporo w Tobie tkwi
Chodź dopomogę ci
Wątpię żeby był
Z tobą taki problem
Byś umiał temu przeciwstawić się

Hej człowieku chodź
Zmienię cię na drobne
Zadatków sporo w tobie tkwi
Chodź dopomogę ci
Hej człowieku chodź
Dla mnie to nie problem
Na drobne zmienię cię raz dwa trzy





Mąż jest to coś, z czym żona musi się zżyć i jakoś to znosić, choćby z piersi wyrywał

jej się okrzyk "Biada!" oraz coś, z czym wieczorem się wieczerza, a rano śniada.

Mężowie nie mają pojęcia o obowiązkach rodzica i zdolności zapamiętania, kiedy przypada rocznica.
Wydaje im się natomiast, że po całych tygodniach zaniedbywania żon i czynienia z nich
melancholiczek wszystko można naprawić jednym głośnym cmoknięciem w policzek.

Kiedy się im uświadamia całą okropność ich tego czy innego postępku, słuchają w sposób
demonstracyjnie cierpliwy, z nieznośnym uśmieszkiem wyższości i myślą: "Och, zaraz jej
przejdzie, niech się tylko do końca wyzłości".

Wchłaniają coctaile w tempie szybszym, niż organizm jest je w stanie przyswoić, a gdy
im rzucić ostrzegawcze spojrzenie, robią minę męczennika, którego kat-sadysta usiłuje
rwać obcęgami i zarazem moralnie gnoić.

Gdy chodzi o przejście pięciu mil dzielących ich od pola golfowego, objawiają
nadzwyczajną raźność, natomiast byle wzmianka o pomocy w zmywaniu naczyń wprawia
ich w stany letargiczne i wdaje się wtedy w wywód na temat: "Kobiety jako istoty z
natury nierozsądne i nielogiczne".

Zmuszenie ich do wstania z łóżka albo pójścia spać o tej samej porze co żona wymaga
nadzwyczajnego trudu.

A kiedy się wykonuje jakąś prostą, codzienną i naturalną czynność, jak na przykład
nacieranie twarzy kremem albo poprawianie warg szminką, zachowują się, jakby byli
przekonani, że ich żona praktykuje czarną magię albo wręcz jest szamanką religii
Voodoo.

Stać ich na dzielność, opanowanie i niewzruszony spokój, gdy w grę wchodzą choroby,
to znaczy oczywiście choroby grożące ukochanej osobie. Natomiast, kiedy sami dostają
kataru lub niestrawności, można by sądzić, że są już obiema nogami w grobie.

Gdy jest się z nimi sam na sam, nie dbają o drobne przejawy kurtuazji i urok ich znika
kompletnie albo co najmniej w połowie. Ale im większe towarzystwo, tym żwawiej
podsuwają żonie krzesła, popielniczki i tace z kanapkami, i to z takim mnóstwem
ukłonów i szurnięć, że aż by się chciało dać im tym krzesłem czy tacą po głowie.

Mężowie to doprawdy przejaw życia irytujący i niewydarzony, i trudno pojąć kaprys
Opatrzności, który większości z nich dał głęboko kochające i oddane żony.